Jutro mija rok od wprowadzenia w życie mojego szalonego planu rocznej przerwy. Plusem mieszkania na poddaszu jest widok na niebo - jasnoniebieskie, z białymi chmurami, które leniwie przesuwa wiatr z mojego punktu widzenia na lewo. A zaraz obok całkiem wysoka choinka, jakiś iglak, wygląda całkiem "leśnie". Promienie słońca już nie grzeją, ale dają światło i przypominają wiosnę. Pierwsze kroki jesieni. A w tle Chris Tomlin. Piękna sobota. Najchętniej zrobiłabym dzisiaj jakąś wycieczkę do wsi, za miasto, do lasu, w góry, albo - do Szwajcarii. Za każdym razem, kiedy robię wpis, musiałabym w nagłówku napisać tytuł, taki jak mają książki z wykładów dr Grzesiuk, schemat mniej więcej "coś tam albo coś tam". Z tym, że u mnie drugi człon byłby zawsze taki sam, "coś tam albo znów wiele się zmieniło".
Wczoraj skończyłam pracować, zaczynam przygotowania do egzaminu i studiów. Doszłam ostatnio do wniosku, że muszę popracować nad moim niemieckim, mój Hochdeutsch już nie jest taki hoch, szwabskie akcenty wkradły mi się do systemu. Teraz przyjdzie czas na fränkisch, ale impreza będzie! Szkoda, że nie można się uczyć tylko dialektów, mogłoby być 150 razy bardziej interesujące. Czekam na Boży ruch, ponoć za 5 dwunasta to odpowiedni moment. Szukam mieszkania w Wuerzburgu i cieszę się z tego, co dostaję. Np. wczoraj dostałam 2 książki kieszonkowego formatu (który mnie po prostu urzekł!), żeby znów się trochę obyć z normalnym niemieckim. Przedwczoraj kwiaty, pyszne jedzonko, deser...i mogłabym tak robić listę z każdego dnia. To niesamowite jak Ojciec się o mnie troszczy i zaopatruje, czasem całkiem niestandardowo, tak, że pomyślę, że potrzebuję i następnego dnia już to mam, albo mam pewność, że to przyjdzie. I On jest moim pokojem. Na to, co jest, na to, co przychodzi. Wiem,że nie ma rzeczy bez znaczenia, wiem, że ta walka o studia ma sens i że to nie tylko mój osobisty wymysł i pomysł. Wiem, że On to wykorzysta. Tak jak wykorzystuje rosyjski, choć niewiele pamiętam, jak wykorzystuje to, czego się nauczyłam do tej pory, jak daje mi szansę "pomnożyć" mój talent dla Jego chwały. Wiem, bo jak odwrócę się do tyłu, to jest jak widok ze zbocza góry, widać drogę, którą się szło i idzie na szczyt. Ma się świadomość celu. Coś się mnie ten motyw drogi uchwycił. "Idą i płaczą niosąc ziarno na zasiew, lecz powrócą z radością niosąc swoje snopy" jest u mnie na czasie.
Ostatnio zdarzało mi się często odkrywać moc tego o czym mówią listy, że zawsze mamy się radować, zawsze dziękować. Przychodzi moment, że człowiek jest wykończony na wszystkich frontach i najlepiej tylko siąść, rozpłakać się i się poddać. Wtedy tupię nogą i mówię, że nie mam najmniejszego zamiaru się poddawać(coś w stylu: o nie, kochaneczku!) i będę dziękować za to doświadczenie, które na mnie przyszło. Mam Ojca w niebie, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. I zaczynam się modlić i dziękować. Wtedy spada moc z nieba! Wtedy to dopiero jest uwielbienie, tylko dlatego, że On jest godzien wszelkiej chwały! Z samego dna, to jest czad!
ukryta ochrona
sobota, 15 września 2012
środa, 1 sierpnia 2012
jest ląd!
Wszyscy jesteśmy powołani, żeby chodzić po wodzie. Jedni się zapuszczają na ocean, innym zupełnie wystarcza pobliska rzeczka, którą trzeba przejść. Najlepiej suchą stopą, i jakby się dało to po moście. Gdzie jest moja woda?(Jedyne, co przychodzi mi na myśl: właśnie w niej stoisz:)) Ileż to się może zmienić w ciągu miesiąca...! Dzisiaj rano, tak o 6.37 jak wylizując jogurt z wiaderka (tak, to dobre słowo!) rozmawiałam z tatą przez telefon, poczułam znów to obezwładniające pragnienie, żeby zrobić coś szalonego z Nim. W pół godziny się spakować na x czasu i pomknąć w siną dal, wiedząc, że będzie chodzenie po wodzie, takie jakie znałam do tego pory, jakie jako rodzina mogliśmy przeżywać razem. Znów zamarzyły mi się ukraińskie stepy, morze, upał, ogromne pomarańczowo-fioletowe meduzy w jeszcze czystej, cieplutkiej wodzie, dojrzałe melony - moje "letnie" dzieciństwo. Jaka jest moja misja? Ostatnie pół roku to samotne chodzenie po wodzie, łącznie z tym, co miało miejsce w ostatnią niedzielę(chociaż to już mniej samotne chyba...). Na wiarę się uczę, pracuję, płacę, decyduję, wstaję z łóżka o 6:00. Czasem jest tak, że "płacz nadchodzi wieczorem, a rankiem - okrzyki radości."
Rozkminiam przypadek króla Dawida. Podobało mi się to jak on odnosił się do Saula, nawet kiedy ten już go prześladował, jak on naprawdę szukał ratunku u Boga. Miał tyle okazji, żeby z satysfakcją wyeliminować Saula z akcji, ale nie zrobił tego. Bo: Saul został namaszczony przez Pana. Jaki Dawid miał szacunek do tego, co Boże, naznaczone Jego wolą, jaką bojaźń. Nie załatwiał spraw po swojemu, tylko parafrazując mówił: Panie Boże, ja go nie dotknę, Ty musisz mnie uwolnić.Ty to musisz załatwić. I był wierny temu co powiedział. Nawet jeśli to kosztowało całą bieganinę po pustyni, spanie po jaskiniach i takie tam. Albo jak taki jeden szedł za Dawidem i przeklinał go całą drogę.A on na to: jak Bóg do tego dopuścił, to niech dalej przeklina. Czasem trudno jest tak czekać na ruch Boga, i niekoniecznie kiedy goni nas król ze swoją armią. Trudno czasem znieść w spokoju duszy momenty, kiedy ktoś nas beszta od stóp do głów. Mam wrażenie, że takie wracanie do świadomości swojego namaszczenia, powołania i też powołania innych jest ogromnie ważne. Wtedy wiem, jak jestem cenna w Bożych oczach i że On o mnie będzie walczył; wtedy jest łatwiej pozostać spokojnym, kiedy wszystko wokół szaleje i łatwiej spojrzeć z miłością na drugiego człowieka, dostrzec w Nim chociaż niewielki skrawek tego, co widzi w nim Ojciec. "Wyciąga rękę z wysoka i chwyta mnie, wydobywa mnie z toni ogromnej(...) Wyprowadza na miejsce przestronne, ocala, bo mnie miłuje." (Ps 18)
Chodzenie po wodzie nie pozwala zgasnąć temu, co w nas płonie. Wymaga od nas kontynuacji, kroku na przód, wzrastającej wiary. Wydaje mi się, że kiedy Jezus chodził po wodzie i kazał Piotrowi iść, to była taka prezentacja: o, popatrz, tak też możesz, nawet o tym nie wiedziałeś. Spójrz z innej perspektywy, dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Nie patrz na twoje ludzkie ograniczenia, na wiatr, głębokość pod tobą, nie szukaj tysiąca kół ratunkowych, po prostu chodź do Niego. "Nasza pomoc jest w imieniu Pana, który stworzył niebo i ziemię"(Ps 124). Chyba zrobiłam się znowu głodna...
http://www.youtube.com/watch?v=hD0HbQ2wOKE&feature=results_main&playnext=1&list=PL9BC606014DFC9DE1
Rozkminiam przypadek króla Dawida. Podobało mi się to jak on odnosił się do Saula, nawet kiedy ten już go prześladował, jak on naprawdę szukał ratunku u Boga. Miał tyle okazji, żeby z satysfakcją wyeliminować Saula z akcji, ale nie zrobił tego. Bo: Saul został namaszczony przez Pana. Jaki Dawid miał szacunek do tego, co Boże, naznaczone Jego wolą, jaką bojaźń. Nie załatwiał spraw po swojemu, tylko parafrazując mówił: Panie Boże, ja go nie dotknę, Ty musisz mnie uwolnić.Ty to musisz załatwić. I był wierny temu co powiedział. Nawet jeśli to kosztowało całą bieganinę po pustyni, spanie po jaskiniach i takie tam. Albo jak taki jeden szedł za Dawidem i przeklinał go całą drogę.A on na to: jak Bóg do tego dopuścił, to niech dalej przeklina. Czasem trudno jest tak czekać na ruch Boga, i niekoniecznie kiedy goni nas król ze swoją armią. Trudno czasem znieść w spokoju duszy momenty, kiedy ktoś nas beszta od stóp do głów. Mam wrażenie, że takie wracanie do świadomości swojego namaszczenia, powołania i też powołania innych jest ogromnie ważne. Wtedy wiem, jak jestem cenna w Bożych oczach i że On o mnie będzie walczył; wtedy jest łatwiej pozostać spokojnym, kiedy wszystko wokół szaleje i łatwiej spojrzeć z miłością na drugiego człowieka, dostrzec w Nim chociaż niewielki skrawek tego, co widzi w nim Ojciec. "Wyciąga rękę z wysoka i chwyta mnie, wydobywa mnie z toni ogromnej(...) Wyprowadza na miejsce przestronne, ocala, bo mnie miłuje." (Ps 18)
Chodzenie po wodzie nie pozwala zgasnąć temu, co w nas płonie. Wymaga od nas kontynuacji, kroku na przód, wzrastającej wiary. Wydaje mi się, że kiedy Jezus chodził po wodzie i kazał Piotrowi iść, to była taka prezentacja: o, popatrz, tak też możesz, nawet o tym nie wiedziałeś. Spójrz z innej perspektywy, dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Nie patrz na twoje ludzkie ograniczenia, na wiatr, głębokość pod tobą, nie szukaj tysiąca kół ratunkowych, po prostu chodź do Niego. "Nasza pomoc jest w imieniu Pana, który stworzył niebo i ziemię"(Ps 124). Chyba zrobiłam się znowu głodna...
http://www.youtube.com/watch?v=hD0HbQ2wOKE&feature=results_main&playnext=1&list=PL9BC606014DFC9DE1
czwartek, 12 lipca 2012
camino
Jak nie można wylądować niżej, to pozostaje się tylko odbić od dna. Jak nie można już płakać, trzeba zacząć się śmiać.Oł jes, chyba tu właśnie jestem. W miejscu przygody, w miejscu próby. To jest takie ciekawe uczucie, jak w takiej ludzkiej niepewności trzeba brnąć w nieznane, głębiej i głębiej, bo przecież nie można się poddać(chyba tata by mnie odstrączkowił...). Czasem to jest nieprzyjemne, bo doświadcza się odrzucenia albo braku akceptacji, jakiejś pustki w sobie samym, zagubienia w przestrzeni między mną a światem. Z drugiej strony, podejmując największe jak do tej pory ryzyko, doświadcza się pewnego rozrachunku z życia, częściowego, takiej inwentaryzacji, która też motywuje do działania, bo człowiek widzi, że sam to nie jest w stanie nawet przywrócić akcji serca czy oddechu, takich czynności, które często zauważamy dopiero, jak coś jest nie tak. Jedyne, co pozostaje, to ufać i wierzyć wbrew nadziei, której kontrolka zaczęła migać już jakiś czas temu. Czekać te obietnice, które jeszcze się nie wypełniły, tak jak dziecko na prezent. Ufać tak, żeby nie czuć żołądka na kręgosłupie, nie myśleć 1000 razy dziennie "co to będzie?", i móc zasnąć z głową na poduszce, a nie na kamieniu. Chociaż na kamieniu to można mieć sny, nawet o drabinie...;) W moim życiu pojawił się niejaki Melman, za którego Bogu bardzo dziękuję. Jak mi brak siłków, już prawica opada i pogrążam się w moich niewieścich rozmyślaniach, to ma mnie kto złapać i potrząsnąć i przywrócić żywym. I ciągnął mnie po drodze dosłownie i nie dosłownie. I nie tylko dlatego.
Przez ostatnie dwa miesiące jedna piosenka wraca do mnie i jest wciąż aktualna, czasem budzi mnie rano, czasem usypia wieczorem: Laura Hackett "Worth it all".
http://www.youtube.com/watch?v=NXc8_9Tf4IM
Zdarzyło się tyle rzeczy, których nie rozumiem. Powinnam chodzić ze znakiem pytania na czole. Nie rozumiem Jego dróg, ale skoro mnie nimi prowadzi, to muszą być dobre. Chodzi mi po głowie takie zdanie, które chyba kiedyś gdzieś przeczytałam/usłyszałam: Nieważne, co dzieje się aktualnie w twoim życiu, Bóg jest i tak zawsze godzien chwały. Pewnie dlatego mamy się zawsze radować w Panu. Kiedy twoja wola rozmija się z Jego wolą, najlepiej przestawić się na Jego, mimo, że taka rezygnacja boli. Lepiej, żeby mi Pan złamał serce niż ktokolwiek inny, bo On wie, jak je znów wyleczyć. "I to działa?" Tym razem 100 na 100. Czas, który boli, to tylko mały fragment drogi, pozwalający skruszyć znów nagromadzoną skorupkę obojętności na sercu, poczuć coś, czego nie ogarniam, przetrzeć wewnętrzne okulary, czasem zmienić ostrość. Camino jest jak powiedział Maciej Artysta: jeśli raz wyruszyłeś - idziesz całe życie. No, to idę. Mimo wszystko jestem szczęśliwa.
Przez ostatnie dwa miesiące jedna piosenka wraca do mnie i jest wciąż aktualna, czasem budzi mnie rano, czasem usypia wieczorem: Laura Hackett "Worth it all".
http://www.youtube.com/watch?v=NXc8_9Tf4IM
Zdarzyło się tyle rzeczy, których nie rozumiem. Powinnam chodzić ze znakiem pytania na czole. Nie rozumiem Jego dróg, ale skoro mnie nimi prowadzi, to muszą być dobre. Chodzi mi po głowie takie zdanie, które chyba kiedyś gdzieś przeczytałam/usłyszałam: Nieważne, co dzieje się aktualnie w twoim życiu, Bóg jest i tak zawsze godzien chwały. Pewnie dlatego mamy się zawsze radować w Panu. Kiedy twoja wola rozmija się z Jego wolą, najlepiej przestawić się na Jego, mimo, że taka rezygnacja boli. Lepiej, żeby mi Pan złamał serce niż ktokolwiek inny, bo On wie, jak je znów wyleczyć. "I to działa?" Tym razem 100 na 100. Czas, który boli, to tylko mały fragment drogi, pozwalający skruszyć znów nagromadzoną skorupkę obojętności na sercu, poczuć coś, czego nie ogarniam, przetrzeć wewnętrzne okulary, czasem zmienić ostrość. Camino jest jak powiedział Maciej Artysta: jeśli raz wyruszyłeś - idziesz całe życie. No, to idę. Mimo wszystko jestem szczęśliwa.
środa, 22 czerwca 2011
zostawiam
Chyba nie może się w moim wypadku spokojnie życie potoczyć. Zawsze coś się dzieje. Ostatnie 2 miesiące na nowo pozwoliły mi odkryć małą cząstkę tego, co to znaczy "Bóg Wszechmogący". Tak intensywnego czasu nie miałam chyba jeszcze nigdy. Doba naprawdę była za krótka, a ciało zbyt zmęczone, żeby wszystko samemu ogarnąć. Pan jest wierny. Pozwala wypoczywać w środku bitwy. W całym zamieszaniu z pracą, zajęciami na uczelni pojechałam za ocean po Nowe i dotąd Nieznane, które obiecał, które jest dopiero początkiem mojej przygody. Wszystko to, co usłyszałam w Berlinie spełnia się na moich oczach, już od dłuższego czasu, i nie tylko to. Widzę także, że Pan otwiera nową ścieżkę, nową drogę dla mojego życia, w mojej codzienności, posługuje się mną w bardzo nietypowy sposób. I przez to pokazuje mi jaki jest, jakie jest Jego serce. Takie nowe objawienie dla mnie. Cały czas potwierdza się moja teza, że Pan stawia mnie w ogniu, abym nie zgasła dla Niego. I w sumie tego chcę, takiego życia w Pełni mimo wszystkich kłopotów i przeciwności. Łatwiej się pisze niż tym żyje, ale to ma sens, bo wtedy, w walce, biorę głęboki wdech, nie ma czasu na płyciznę. To jest jak głębia koloru, jak siła wodospadu, jak skupienie przed kolejnym ciosem. Każdy twój ruch się liczy i wiesz, że nie tylko dla ciebie. Każda myśl jest wyborem, który pociąga pewne konsekwencje. On słyszy WSZYSTKO, widzi WSZYSTKO.
Wczoraj czytałam J 14. Zaintrygowały mnie słowa: " W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. " W sumie, dlaczego im powiedział, że jest mieszkań wiele? Dlaczego miałby powiedzieć, jeśli byłby inaczej? I dalej : "Idę przecież przygotować wam miejsce." Na czym polega to przygotowanie miejsca? Ciekawe, że to co słyszymy latami i znamy na pamięć budzi w nas pytania dopiero po długim czasie.
Cały czas noszę w sobie taką tęsknotę za czymś głębszym, nasyconym, nigdy nie mam dość. Bez takiego sam na sam tylko z Nim dusza usycha. Wracam od obietnic, do tego co przede mną, na co czekam. Pytam i otrzymuję odpowiedzi. Nie chodzi o rytuały, przysięgi, o listę obowiązków i praw. Chodzi o mój czas, o to ile mogę go zmarnować na przebywanie z Nim. Mogę być jak Marta. Mogę być jak Maria. Jaki jest mój wybór?
Wczoraj czytałam J 14. Zaintrygowały mnie słowa: " W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. " W sumie, dlaczego im powiedział, że jest mieszkań wiele? Dlaczego miałby powiedzieć, jeśli byłby inaczej? I dalej : "Idę przecież przygotować wam miejsce." Na czym polega to przygotowanie miejsca? Ciekawe, że to co słyszymy latami i znamy na pamięć budzi w nas pytania dopiero po długim czasie.
Cały czas noszę w sobie taką tęsknotę za czymś głębszym, nasyconym, nigdy nie mam dość. Bez takiego sam na sam tylko z Nim dusza usycha. Wracam od obietnic, do tego co przede mną, na co czekam. Pytam i otrzymuję odpowiedzi. Nie chodzi o rytuały, przysięgi, o listę obowiązków i praw. Chodzi o mój czas, o to ile mogę go zmarnować na przebywanie z Nim. Mogę być jak Marta. Mogę być jak Maria. Jaki jest mój wybór?
piątek, 25 marca 2011
wieści z Dzikiego Wschodu
Zarazek przyczynił się do kolejnego wpisu. Jakkolwiek to brzmi. Od początku semestru nie mam spokoju ze studiami, zawsze coś się dzieje, zawsze coś jest do zrobienia i często w moim mniemaniu miało to być już na wczoraj. Na szczęście jest Ktoś, kto widzi, żyje i działa ponadczasowo, także nawet jak za późno - to we właściwym momencie. Wiele dzieje się w "moim" ostatnim momencie, na co fizycznie nie mam już siły i nawet miejsca w grafiku. Takie mniejsze i większe cuda. To leżenie w łóżku też zaczyna wydawać swoje owoce. Mam więcej czasu, żeby pomyśleć o tym co ważne, złapać inną perspektywę - odsunąć nos kilka centymetrów w tył od druku. Ostatnie dni były szalone i jednocześnie pełne pokoju i czegoś nowego. Pan daje mi Nowe. Jeszcze nie wiem co to konkretnie oznacza, ale krok po kroku otwierają się furtki w różne miejsca, objawiając Jego wolę. Wszystko czego doświadczam na osobistej modlitwie, nabiera z czasem takiego prawie proroczego wymiaru. Może to za duże słowo, ale nie wiem jak to inaczej ująć. Kiedy sięgam pamięcią wstecz, czy kartkuję notatniki z poprzednich miesięcy czy nawet lat, widzę konkretne obietnice, konkretne kroki, które odnoszą się do tego momentu, w którym teraz jestem. Zapowiadają go. To jest niesamowite! Boże obietnice spełniają się na moich oczach! Jak w Ps 126:
1Pieśń stopni.
Gdy Pan odmienił
los Syjonu,
byliśmy jak we śnie.
2 Wtedy usta nasze były pełne śmiechu,
a język wołał pełen radości.
Wtedy mówiono między poganami:
"Wielkodusznie postąpił z nimi Pan!"
3 Wielkodusznie postąpił Pan z nami:
staliśmy się radośni.
4 Odmień nasz los, o Panie,
jak strumienie w [ziemi] Negeb.
5 Którzy we łzach sieją,
żąć będą w radości.
6 Postępują naprzód wśród płaczu,
niosąc ziarno na zasiew:
Z powrotem przychodzą wśród radości,
przynosząc swoje snopy.
Pamiętam czasy, w których było ciężko, sucho i nie było nadziei na więcej. To był taki czas łez. Teraz też jest. Ale jest inaczej, bo łan już dojrzewa, obietnice się już spełniają. Zmagam się z moimi ograniczeniami, z tym, że nie potrafię wyrażać się tak precyzyjnie jakbym chciała, że nie opanowałam języków na tyle, by móc swobodnie ich używać. To przeżywam jako filolog. Jako chrześcijanka wierzę, że dla Pana nie ma nic niemożliwego i to, czy znam język, to sprawa drugorzędna. Kiedyś czytałam świadectwo jakiegoś człowieka, chyba z okolic Indonezji, już nie pamiętam. Nie potrafił ani słowa po angielsku, a Pan kazał mu polecieć do Stanów i nauczać ludzi. I on to zrobił!! Kiedy stał już na mównicy, otworzył usta i ...zaczął mówić płynnie po angielsku. Oczywiście najadł się wcześniej odpowiednią porcją wątpliwości, ale ZAUFAŁ. I niech to będzie motyw przewodni na moje zmagania z licencjatem!
![]() | |
| Czyżowice, wrzesień, 7 rano |
Gdy Pan odmienił
los Syjonu,
byliśmy jak we śnie.
2 Wtedy usta nasze były pełne śmiechu,
a język wołał pełen radości.
Wtedy mówiono między poganami:
"Wielkodusznie postąpił z nimi Pan!"
3 Wielkodusznie postąpił Pan z nami:
staliśmy się radośni.
4 Odmień nasz los, o Panie,
jak strumienie w [ziemi] Negeb.
5 Którzy we łzach sieją,
żąć będą w radości.
6 Postępują naprzód wśród płaczu,
niosąc ziarno na zasiew:
Z powrotem przychodzą wśród radości,
przynosząc swoje snopy.
Pamiętam czasy, w których było ciężko, sucho i nie było nadziei na więcej. To był taki czas łez. Teraz też jest. Ale jest inaczej, bo łan już dojrzewa, obietnice się już spełniają. Zmagam się z moimi ograniczeniami, z tym, że nie potrafię wyrażać się tak precyzyjnie jakbym chciała, że nie opanowałam języków na tyle, by móc swobodnie ich używać. To przeżywam jako filolog. Jako chrześcijanka wierzę, że dla Pana nie ma nic niemożliwego i to, czy znam język, to sprawa drugorzędna. Kiedyś czytałam świadectwo jakiegoś człowieka, chyba z okolic Indonezji, już nie pamiętam. Nie potrafił ani słowa po angielsku, a Pan kazał mu polecieć do Stanów i nauczać ludzi. I on to zrobił!! Kiedy stał już na mównicy, otworzył usta i ...zaczął mówić płynnie po angielsku. Oczywiście najadł się wcześniej odpowiednią porcją wątpliwości, ale ZAUFAŁ. I niech to będzie motyw przewodni na moje zmagania z licencjatem!
niedziela, 5 grudnia 2010
pakujemy plecak
Jest smak!
Polecam:
John Mulinde, Oddzieleni dla Boga
Od kilku miesięcy myślę o swoim życiu i się nawracam. Może słowo nawrócenie urosło w niektórych ustach do rangi banału, ale to nie mój przypadek. Zawsze marzyłam o wielkiej przygodzie, prawie niemożliwych warunkach, ekstremalnych decyzjach, o życiu w MOCY. Pamiętam jak przed zaśnięciem, mając może 16 lat, obiecywałam sobie, że jak będę miała 19 to zmienię moje życie, a potem jak 21...granica oddalała się z biegiem czasu, bo moja odwaga poszła się paść. I pasła by się pewnie dalej na jakimś pięknym stepie Azji, gdyby Pan nie potrząsnął moim światem i nie powiedział: TO jest dla CIEBIE i do wzięcia od TERAZ! Od zawsze. Przełom. Postawiłam kropkę i zaczęłam pisać nowy rozdział. To wcale nie było łatwe. I nie jest, ale Pan jest wierny swoim obietnicom. Posyła ludzi, podsuwa wydarzenia i krok po kroku się objawia. Codziennie doświadczam cudów. Wysłuchuje moich modlitw, czasem od razu, do 10 minut. Mówi do mnie. Słuchanie nie jest łatwe dla mnie, uczę się. Podjęłam decyzję, chcę żyć jak Jan, radykalnie, chcę być oddzielona dla Niego, cena się nie liczy, nic innego się nie liczy. To jest wielki trud, na bieżąco Pan pokazuje mi moje grzechy, które kiedyś tak spowszedniały, że przestałam uważać je za grzechy, próbuje mnie, często w ogniu i muszę zapierać się siebie ze wszystkich sił, uczę się pokory. Moje ciało jest słabe, ale tylko w mojej słabości może się objawić Jego moc. Na bieżąco muszę wciąż na nowo porządkować priorytety, tak, żeby był moim Numerem Jeden. Ile czasu spędzam przed komputerem, a ile na modlitwie? Co robię w pierwszej kolejności? Czy ja w ogóle pytam Go co myśli o moim planie dnia, tygodnia, życia? Czy interesuje mnie w ogóle On sam na tyle , abym chciała Go poznać? Czasem ciężko przyznać się do prawdy, ale warto. Bez tego nie pójdę do przodu, dalsza praca nie będzie możliwa. Dlaczego pakuję plecak? Bo w końcu wyruszam. Pan przygotowuje mnie na nowe. Może teraz przygotowanie polega bardziej na zaznajamianiu się z warunkami podróży, gromadzeniem materiałów, wiedzy, czytaniu ulotek, regularnym treningu i mało w tym przygody - ale to podstawa, żeby móc może za parę lat, może wcześniej, postawić pewnie krok w miejscu przeznaczenia. Liczy się każda minuta, każda rzecz dobra jest w swoim czasie. Pan się o wszystko troszczy, o każdy szczegół--> Ps 16,5. Tylko uwierz w to i pozwól Mu to zrobić.
Polecam:
John Mulinde, Oddzieleni dla Boga
piątek, 21 maja 2010
Dużo, dużo. Zmęczona. Wszystko jest dobre w swoim czasie, muszę nauczyć się czekać i nie narzekać, nie: mniej narzekać. Czekać na Niego i na niego, tak jak się czeka na lotnisku, ze świadomością, że już wylądował, że zaraz zobaczę, że będziemy razem. Czekać na Ducha, który przyjdzie z taką mocą, że zmiecie wszystko, co najgorsze, każdy niepokój,wszystko! Przyniesie nie tylko przebaczenie, jeśli nabroiliśmy, ale też więcej łaski.Tylko trzeba czekać i ufać. Jak to ujął pastor Wolfgang: Warten ist hochproduktiv. Im więcej czekania, tym więcej łaski. Rozkwitniemy jak oliwka, o której mowa w Psalmach. Zaufać Mu do końca, On wszystko zrobi, tylko pozwolić Mu na to, oddać kontrolę, co chyba jest najtrudniejsze i umyka na codzień, kiedy sami zabieramy się do rozwiązywania naszych problemów. Jedynym warunkiem, żeby otrzymać tą łaskę jest przebaczenie innym, "nieoddawanie" jeśli nas zranią - tylko mamy czekać na Boże rozwiązanie sprawy, na JEGO działanie, On jest w stanie to zrobić, On chce. Jeśli będziemy poddani Duchowi, on nas "zaimpregnuje". W nas ma się odbywać projekcja Królestwa. Mamy iść błogosławić ludzi, a Pan będzie nas używał. Tyle z nauczania (Gemeinde auf dem Weg). Panie, daj mi cierpliwość...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
