czwartek, 28 stycznia 2010

"Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane."

Nadchodzi spokojna studencka sesja, spokojna, bo tylko jeden egzamin w sesji zimowej, szaleć będę w marcu i wrześniu, kiedy wrócę z De. No, a tam to w lipcu. Cieszę się, że większość już pozałatwiana, przynajmniej tych drobnych spraw, jeszcze tylko potwierdzenie akademika i umowę podpisać i się spakować i pojechać oczywiście. Miałam napisać wcześniej, ale jakoś grafik nie zmieścił tego w sobie. Biedny grafik, chlip. Ostatnio mam pokój w sercu, przynajmniej jeśli chodzi o te sprawy wyjazdowe. Były takie momenty, że chciałam się poddać i ulec temu szalejącemu wokół mnie chaosowi - ale silno ślonsko baba żech je - nie dałam się! Po prostu trzeba powiedzieć: nie ma podstaw do obaw - Pan nad wszystkim panuje. I jak człowiek w to wierzy to naprawdę nie ma problemu. Nie chodzi o to, żeby wierzyć tylko w jakieś przekonanie - Pan potwierdza swój pokój działaniem, potwierdza tą moją wiarę. Więc wiodę tak sobie sesyjny - pasyjny dla niektórych - żywot. W ostatnich dniach kilka spraw powiązałam w całość myślową. Zadałam sobie kika pytań, mianowicie: Jak szaleć za Bogiem, żeby nie zwariować? Ile warte jest moje życie, jeśli nie głoszę innym miłości Jezusa, nie zwiastuję im prawdziwego Życia? Jakimi jesteśmy chrześcijanami, skoro zamykamy się w domach, kręgach przyjaciół, dopuszczamy wybranych do siebie, nie dając szansy tym, którym jej jeszcze nikt nie dał? Gdzie podział się radykalizm tych, którzy opowiadając się  za Jezusem płacili życiem? Może trochę od końca. Nie wiadomo gdzie ten radykalizm, pewnie hibernuje, a jeśli go nikt nie obudzi to umrze razem z nami. Jeśli się na niego nie zdobędziemy, jeśli nie uwierzymy, że rozesłanie jest nadal aktualne i jeszcze ważniejsze, i wciąż jako chrześcijanie jesteśmy do tego zobowiązani to się nie obudzimy, zaśpimy jak te nieroztropne panny. Coś jest w tym uciekaniu, jak tak wspominam swoją historię. Uciekałam od tego nieprzyjaznego środowiska, ale z drugiej strony myślę, że po części podświadomie to robiłam, bo głównym celem było dowiedzenie się czegoś więcej o Nim, służba. Ale jeśli wybieram jedno to nie wybieram drugiego. Kiedyś przyjdzie czas, jesli już nie jest, żeby sprawdzić to co z tego wyniknie. Zobaczyć, czy to przyniesie jakieś owoce. Ksiądz na kazaniu ostatnio dał taki fajny przykład. Chodził po kolędzie i przytaczał niektóre wypowiedzi. Z tego wynikało,że statystyczny Polak chodzi do kościoła w kratkę, od święta...a na ogół modli się w domu i to jest przecież najważniejsze, jak wszystko w porządku, nikomu nie wadzi...A ksiądz powiedział: żona albo kochanka? Jeśli naprawdę kochasz żonę to niepotrzebna Ci kochanka (kochanki nie powinny być rozpatrywane w kategoriach potrzebności, bo w ogóle nie powinno ich być). Jeśli naprawdę kochasz Boga to jest dla Ciebie najważniejszy i chcesz się z Nim często spotykać. Ze streszczenia drugiego kazania (K. ma dobry słuch) wiem o takim fajnym przykładzie, który podał ksiądz z naszego DA. Szukać Pana powinno się tak jak się szuka zgubionych kluczy - po prostu nie mogą się zgubić, muszą się znaleźć. Jeśli naprawdę chcesz Go znaleźć, to nie ma takiej opcji, że Go nie znajdziesz. "Szukajcie, a znajdziecie". Pan jest blisko tych, którzy Go szukają. Czasem, kiedy wracam z uczelni, albo idę na zajęcia mijam po drodze wiele ciekawych ludzi. Ich postawy wyrażają tak skrajne emocje czasem; jedni idą pewnym krokiem, inni skuleni jak myszki, jedni uśmiechają się do siebie, inni marszczą brwi od zmartwień, jeszcze inni są przerażająco smutni i mają smutne oczy, inni przez swoją krzykliwość, ubiór, zachowanie, styl mówienia próbują udawać kogoś kim nie są. I sztuczność jest jak groteska. Nie mówię już o makijażu w większości przypadków. To smutne. Łatwo jest kogoś zranić, trudno przeprosić, wybaczyć. Ale kiedy jakoś przejdzie się ponad sobą i wejdzie w skórę tej drugiej osoby, to chyba łatwiej jest wybaczyć. Przynajmniej mi. Nie toleruję zachowania osoby, nie samej osoby. Dlatego kiedy ona upada, bo jest słaba, to nie powinniśmy się mścić, knuć podstępów, złorzeczyć, ale dotrzeć do jej serca, szukać przebaczenia, pokoju, zrozumienia. Nie jesteśmy idealni, wystarczy zadać sobie pytanie: jak ja czułbym się w tej sytuacji? Najlepiej przemyśleć obie strony, bo raz jesteśmy po jednej, raz po drugiej. Tak sobie właśnie myślę, ile miłości musiał mieć w oczach Jezus, kiedy klęczała przed Nim jawnogrzesznica, jaki pokój serca pozostawiał w uwolnionych od złych duchów. Jak patrzy na nas, kiedy tak czasem latami tkwimy w jednych bagienku, popełniamy te same błędy. A On przebacza i przebacza. Mamy Go naśladować. Modlimy się o pokój na świecie - nie zapominajmy, że on powinien się zaczynać w naszych sercach, przez wzajemne przebaczanie sobie, na codzień, w szkole, na uczelni, w domu, w pracy, w kościele i w Kościele. Myślałam też o śmierci. To nie jest nic strasznego, jeśli żyje się w perspektywie nieba. Już teraz obracamy się w tej rzeczywistości Królestwa, walka cały czas się toczy, a my tak często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ocieramy się w naszej codzienności, nawet więcej - jesteśmy w to zaangażowani poprzez nasze wybory, słowa, czyny, myśli. I to jest niesamowite, jak sobie pomyślę, że w ciągu ułamka sekundy mogę się znaleźć w miejscu, które przerasta moje wyobrażenia, że Duch Święty jest jak oddech, jak powietrze, że Królestwo jest TAK blisko, tu i teraz. Wtedy właśnie widzę jak bardzo jestem przywiązana do tych przyziemnych, śmiesznie małych spraw. A te sikorki na naszym kuchennym parapecie, są kolejnym dowodem na to, że On się o wszytsko troszczy ("Spójrzcie na ptaki niebieskie..."). Szerokiego, szczerego uśmiechu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz